GOSPODA POD MODRYM FARTUCHEM

Gospoda Pod Modrym Fartuchem, mieści się w kamienicy nr 8 przy Rynku Nowomiejskim w Toruniu. Gospoda ta, zaliczana jest do najstarszych w Europie, a z pewnością jest najstarsza w Toruniu.
Powstała, kiedy w kupieckim Toruniu trzeba było i najeść się do syta, i przenocować, i zabawić i coś uradzić. Założona w 1489 r. przez rodzinę Szalitów najpierw była – jak na krzyżacki Toruń przystało – gotycka, a potem (od XVIII w.) przerobiona na styl barokowy.

Jan Olbracht i Napoleon

I tak Gospoda „Pod Modrym Fartuchem” stała się gospodą cechową, goszczącą w swych progach toruńskich rzemieślników, którzy to właśnie tutaj tłumnie gromadzili się na zebraniach, wyborach starszyzny cechu, uroczystościach mianowania uczniów na czeladników, święcie patrona cechu oraz… na wspólnym biesiadowaniu przy znakomitym miodzie, węgrzynie czy piwie. Jadały tutaj takie osobistości jak Napoleon Bonaparte, czy też Jan Olbracht.

W dawnych czasach na II piętrze mieścił się hotelik, w którym przebywali zazwyczaj kupcy, gdyż Toruń był jednym z miast, które stanowiły szlak handlowy. Zaraz, zaraz, ale co z tym fartuchem, pod którym raczono się tymi wyśmienitymi trunkami? Są tacy, którzy twierdzą, że nazwa pochodzi od fartuchów, które rzemieślnicy nosili podczas pracy, jednak torunianie bardziej skłaniają się w stronę legendy, która mówi o pierwszym właścicielu gospody.

Legenda modrego fartucha

Był to ponoć człowiek niezwykle utalentowany kulinarnie i niebywale pracowity, dzięki czemu gospoda uchodziła za najlepszą w mieście. Niestety, o ile w sprawach zawodowych wiodło mu się doskonale, o tyle w życiu osobistym nie najlepiej. Żona naszego gospodarza, nie dość że nie dała sobie w kaszę dmuchać, to jeszcze kołki mu na głowie ciosała, jednym słowem była łyżką dziegciu w beczce miodu. A że złośliwa była okrutnie, co jej urody nie dodawało, w mieście zaczęto szeptać, że gospodarz ożenił się z… czarownicą. Razu pewnego do gospody zawitał pewien wędrowiec, którego przywiodła powszechna opinia o niebywałej gościnności tego miejsca. I rzeczywiście, jak tylko przekroczył jej próg, zjawił się gospodarz, który gotów był nieba nieznajomemu przychylić. Nie dość, że nakarmił pysznie, to jeszcze zaczął zabawiać rozmową.

Niestety, niezbyt długo trwała pogawędka panów, bo na salę wparowała żona gospodarza, która z miejsca złajała męża za przesiadywanie przy stoliku. Gospodarz nakrył się uszami, a nieznajomy, który przyglądał się spokojnie tej niezręcznej sytuacji, poradził, by przy okazji kolejnej awantury wyrysował węglem na progu gospody wielki znak X, jako że znaku tego strasznie boją się czarownice. Skuteczne jest ono jednak dopiero wtedy, kiedy wypowie się zaklęcie: „Raz, dwa, trzy, wyleć czarownico przez ścianę lub drzwi”. Gospodarz, który z natury był niezwykle uprzejmy, podziękował nieznajomemu, ale nie dał wiary jego słowom. Jednak przy następnej karczemnej (nomen omen) awanturze gospodarz przypomniał sobie radę wędrowca, pospiesznie nakreślił więc tajemny znak na progu i wypowiedział stosowne zaklęcie.

Jakie było jego zdziwienie, kiedy gospoda zadrżała w posadach. W tym czasie gospodyni pobiegła na strych, by ratować dobytek, który – zakupiony za ciężko zarobione mężowskie pieniądze – spoczywał w okutych skrzyniach. Czym prędzej zbiegła na dół z całym majątkiem w ręku i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Kiedy tylko przekroczyła próg z zagadkowym znakiem, tajemnicza siła wyrzuciła ją z całym dobytkiem przez ścianę gospody. Przerażony nie na żarty gospodarz stał jak wryty. Kiedy jednak się otrząsnął, rzucił się ratować… dobytek. Zdążył jednak chwycić żonę za modry fartuch i… już było po niej! W ręku gospodarza ostał się jedynie fartuch.

Jak się domyślacie, gospodarz zmartwił się okrutnie, ale… dziurą w ścianie gospody. Nie smucił się jednak zbyt długo, bo wyrwę w ścianie zasłonił fartuchem małżonki i ogłosił wszem i wobec, że wszystkim złym kobietom wstęp do gospody jest surowo zabroniony. Jakiś czas po tych przedziwnych wypadkach ludzie zaczęli nazywać gospodę „Pod Modrym Fartuchem” i tak zostało do dziś.